Zdjęcia





 
Smutny to obraz

Martwego ślimaka,

Na drodze leśnej

W złym miejscu i czasie,

Nieszczęśliwie położonego,

Ślimaka bezbronnego-

 bezwzględnie przejechanego

przez kierowcę nieświadomego

a nawet w pełni radosnego,

nic nie przewidującego…



W swym życiu swą rolę nadal odgrywając,

od kierownicy swych oczu nie spuszczając,

przez gęstą mgłę,

 samochód się przedziera-

bez namysłu żadnego,

na miejsce przechadzki ślimaka,

 się wdziera,





Taranuje wszystko

co mu przejazd psuje,

i tym samym

 nie wiadomo ile,

niewinnych stworzeń

swym życiem przypłaca -

niesprawiedliwie!





















Naturalny proces starzenia się skóry
- staje się jej więcej
Inną powierzchownością
Nasycona gorzką powinnością
Wpływami
Wsiąka w nią i wyżera
Radość
Mimo woli
Wykorzystana
Ze swych sił
Opada
Z inną powierzchownością
Oraz ciężarem tego kramu
Przeżytego
Na przemianę jest skazana

















***





Pejzaż z łososiem

















***


"Słoneczko nasze
   rozchmurz buzie! 
bo nie do twarzy ci w tej chmurze
 Słoneczko nasze
rozchmurz się!
        Maszerować z Tobą
                                                                      będzie lżej."


Jaszczurka







Pokusa na blask

Na fałszywe blaski się nie gódź
Które zamerdają ogonkiem sław,
Wydumanych bogactw
Zalotnie
Poświecą troszkę

Gdy będziesz w ich szponach
Ku twemu zamroczeniu
Nie spostrzeżesz się  
Kiedy owe zgasły

Bo zgasną
I to na wieczność
I Ty będziesz tego żałować.
Wijąc się w zgryzotach
Swego losu
Zawstydzony

Lecz gdy skryjesz w cieniu swoje żądze
Na wyrzeczenie się zdobędziesz
Bóg wynagrodzi
Ból tymczasowy musisz przeboleć
Bo bez wyrzeczenia nie ma nagrody
Bowiem :
„Robiąc coś dla korzyści doczesnych tracisz szansę na zasługi wieczne”.









Dworzanin


Siedział rozmiękły od środka i na powierzchni tracąc swoją godność,
o którą nie miał sił dbać.
Był wykończony.
ze wzrokiem zamroczonym w coś utkwionym
w jakiś skrawek przeżytego szczęścia tak odległego. Z niewygasłym obłędem w sercu, ciągłym
niepokojem się tlącym.
Bał się.
Lękliwym ruchem przemieszczał się z kąta w kąt,
niepewnie.
Nie wiadomo gdzie miał się podziać. Skurczony
do granic możliwości
na wąskiej platformie, przewracał się z boku na bok
by zaznać w owym ruchu pewnej iskry ciepła
wystając- nieudolnie, bo chcąc się ukryć,
każdy go widział.
Bardziej nie mógł się ukryć. Cały czas był na widoku,
skazany na ocenę. Ale on już był w innym świecie.
Do naszego nie należał,
wybity z tropu, poza ramą egzystencji spektaklu,
powoli się pałętał,
dla niego czas się zatrzymał.

bez znaczenia, że przed chwilą sąsiad go bez słowa mijał.
Bez słowa ani gestu.
Nawet wzrokiem go nie pocieszył,
obcy człowiek.
W swym kąciku, po cichutku, by nikomu nie przeszkadzać
- zamierał.
Dla swej i innych wygody, trwając na powłoczce swego cienia,
do niego się uciekał,
za nim próbował się schować, wstydem zbudowany,
hańbą obarczony przez ten żywot nikczemny-
został pokrzywdzony
- stając się jego ofiarą.

To było już przygaszone. Dlatego świadomość była znikoma
obrzęknięta lękiem.
Jego twarz była czerwona,
jak i jego ręce.
Przeistaczał się w inny byt. Od swego się oddalał.
I to było jego wytchnienie. A więc egzystował,
trwał, nie trwając,
z jednego dnia na drugi się przewalając,
w pustce- celi, z własnej potrzeby
naturalnej,
poddawał się, bo bezsilnym coraz bardziej się stawał.
Wyjścia nie miał.
Miał ale tam było zimno.
Bardzo zimno.
Tu więc tkwił.

Nawet na swe życie się nie targał, całkowicie
w swoim ciele duch mu zamarł.
I tylko ta zużyta powłoka, podtrzymywana,
jego swoistym sposobem, tam tkwiła,
rozmiękła, wyżarta od środka,
jego dłoń bezwładnie spływała, w której krew jeszcze gorąca
się zbierała
to była jego oznaka
- walczącego o byt, wojaczka.

Bój toczył się bezustannie, za dnia, i nocy
kiedy, nie spał bo czuwał.
zatem sen jego był oszukańczy,
nie było wytchnienia w jego walce.

Podczas gdy wicher hulał karygodnie,
przez drzwi się wdzierał niczym intruz
okradał biedaka z tego co miał w sobie- resztki energii zaoszczędzonej.
Ale on na to nie zbaczał, bo bez wytchnienia
i bez łaski był dla tego biednego człowieka
Nieszczęśnika.

Mnie także swą srogością przeszył,
chcąc mnie z własnego domu przepędzić!
Bezczelny!
Ale zapomniałam o nim
i do swego sąsiada powędrowałam, podczas gdy on spał,
być może udawał,
bez namysłu
złapałam jego dłoń
rozgrzaną chorobliwą gorączka,
nałożyłam mu na nią rękawiczkę.
Okrywając materiałem jak do snu,
pod nogi skurczone,
krzesło obrotowe, podsunęłam
by krew mogła w spokoju przepłynąć- choć na chwilę.  

Ale on spał, być może.
A ja? W radości do drzwi się udałam.
Mając w głowie
jego pełne radości zaskoczenie,
gdy się przebudzi, bądź otrzeźwieje…

To co on miał to swoją duszę,
o którą walczył, bo mu ulatniać się chciała,
próbował ją zatrzymać
jeszcze na dzień, może dwa
- sam nie wiedział, na ile zdoła. A ona ?
jakaś wątpliwością przeżarta,
gdzieś indziej spoglądała, już nie mienie w swego pana
lecz tam gdzie by ciepła i ładniejszego widoku zaznała.
Tak wymagająca, niedająca spokoju,
z tym biedakiem się siłowała,
nie dając mu szansy na zmrużenie oka,
i na przeżycie,
chwili rozkoszy gdzieś w podświadomości.

Chciał ją chronić swoim ciałem,
na agresję narażone, w miarę swoich wątłych możliwości
pośród wichrów nawoływań,
owym lekiem ją okrywał
i obiecywał bez pokrycia.

I tak dbał o nią wytrwale,
przez tak długie dni i noce,
których już nie liczył.
Opuszczony
był razem z nią,
jak pewien dom na wzgórzu, gdzie niegdyś może radosnym życiem tętnił.
Ogarnięty
poprzez cierpki smak, nim się żywił na co dzień,
skulony
o przetrwanie prosił
wypatrując gdzieś przez okno, może samego siebie,
wolnego
wędrującego i
zadowolonego z beretem na głowie,
z płaszczem rozłożystym na wichrze, który
służalczo nosił go z całych swych sił,
a który teraz
śmiał się z niego, i drwił
z takiego ogołoconego.
No cóż, los przewrotny bywa.
Nieubłagany. Gdzieś coś przeoczył nasz dworzanin.
Gdzieś się zagapił.
Gapa jedna.
Jedna z tysiąca.
Bo za gapowe się płaci. Lecz musiał wielką kobyłą przypłacić.
A może on się nie nadawał? Do życia,
do toczenia,
do pchania
tego kłamu nadanego,
bo wyrzucony niespodziewanie na nieznane mu wody,
skłoniły go do odwrotu, bo pływać nie umiał
i spanikował. Ale w sercu dumę zachował,
i o pomoc nie wołał,
jak ten Roland, a więc pozostał w niej,
sadząc, że to mu się należy.
Taki jego los. Może był nieśmiały? Może mniej waleczny? Kto wie?

Po półtorarocznym pobycie na nie swoim,
Na parapecie klatki schodowej,
starej wolskiej kamienicy przed wojennej,
Skazany
po przebyciu próby
oddał ducha
upokorzony.

Na tak hojny dar się zdobył,
że tylko święci mają taki zamysł w swej głowie
Lecz on nim nie był.
Nikt go za to nie docenił.





Trojany







Trojańskie kobiety




Projekty



Gesty pocieszenia

                                               

















Na Tillmansie


Fotosy z performance pt. Teczka


 *



Kiczowaty portret

*






yyymmm




Double Rose


Ja z Jacksonem




w sprawie porozumienia 


o pokój na Ziemi


Fidel planuje rewolucje!
Wałęsa nie wie o co biega- to jego piętno
Bill coś tam podejrzewa
Linda- Pinda- patrzy się w obiektyw
Cezary w ogóle oderwany od tematyki,
Jackson ćwiczy nad autografem,
a Bruce Willis
w razie czego da po łapkach









My idea
by W. Dańko


Przeglądając gazet wiele
W salonie stoję
Gdzie w nim
Od groma
Ludzi się tli
Między regałami
Chodzi w te i z powrotem
Starszy pan
Zakradając się ostrożnie
Podchodzi i znika
Natarczywym wzrokiem
Mą osobę przenika
Podczas swoich niecnych łowów
Niczym lwica
Decydując się na ostateczny krok
Otwiera nagle usta
I porywa mnie
 na podwórze
By tam pod daszkiem przy stoliku
Mógł wyjawić wobec mnie swój zamiar
Popijając soczek
I przedstawić swą osobę
od swej twórczej strony
i nie miałam wątpliwości
co do tego pana rzetelności
dlatego mu pozwoliłam
na sesję w plenerze
z ramion sztywności się wyrwałam
i swoją twarz lekko poluzowałam
gdyż ze wcześniejszego
mego stanu psychicznego
nic pozytywnego nie wynikało
i się tak rozzuchwaliłam
z zapałem i fantazją
z  rzeźbami współpracując
radośnie pozowałam
gdzie ludzie się zbierali
spektakl niecodzienny
oglądali.
Być może żartowali
Lub się śmiali
bądź podziwiali
ja jednak się tym wszystkim bawiłam
siedząc w dziurawym krześle ze wszystkich
z rozkoszą sobie kpiłam
lecz nie na długo bo nieoczekiwanie
w aparacie pamięć się skończyła.
  







Niemoc

Niemoc- jej odrażająca przemoc
Krzywdzi duszę spontaniczną
Paraliżując jej chęć autentyczną
Gasi zapał chęć działania
Raniąc jej potencję
Dar pierwotny
W strachu, zakłamaniu
W niepewności, brak odwagi
Na czyny jakiejkolwiek wagi
Prowadzi do ryzyka
Gdy dusza jest silna
Z ich szponów się wymyka
Innym razem gdy jest słabsza
Ulega zatraceniu
Utraty wiary 
zamykając się w kajdany
Cierpiąc nie zaznając ukojenia
Dogorywa
Prowadzi swe ciało do wiecznego
Potępienia
- karą za słabość ową
Traci szansę na wieczną trwałość




" Polska plaża z bliska"
 

Rybna ofiara

  


Hybrydalna ofiara 



Oto co fala u stóp brzegu pozostawia…

Różnorodne skarby, muszle i homary
Morskim otulone posłaniem
Spowitym mocą glonów przejrzystych
Mieniące się blaskiem srebrzystym
Różnorodnych kolorów kamyki przejrzyste
Pląsające w pianie puszystej
W słońcu mieniący się blask, rozgrzewający się
Pereł warkocza czy złocistych bursztynów przezrocza



Oto co fala u stóp brzegu pozostawia…

Nie braknie tu świeżości algowej
Ani fantazyjnej rafy koralowej
Wszystko to współgra jak w orkiestrze
Wiatr szalejący przejmując dowodzenie
Prowadzi swoje fale w wieczne zatracenie
Nadając rytm będący tętnem ich życia
Poddane mu fale
Wdzięczą mu się bezustannie
Tak jak w walcu- raz do góry a raz w dół
Nad błękitnym obłokiem
Para kochanków zażywa kąpiel

 

Ałła!!


       






   Psie nawyki

                                   









Milcząc milczę

Przetrzymuję bólu krzyk
Nie móc nic wydobyć
Na żaden akt się zdobyć
Milcząc przetrzymuje bólu krzyk

Poprzez brak, ciągły czegoś brak
Obezwładniona przez jarzmo codzienności,
W której me ciało parać się musi
Ma dusza bez winy się w nim dusi

W ciele nieustającej ciemnicy
Chcąc wydobyć z siebie swe klejnoty
Musze zwalczać marazm swej istoty
W sposób dość przebiegły

Nie prosty

Przerwać milczenie
Ukoić duszy mej pragnienie
Jest mym celem

lala



Jeziorko Czerniakowskie



 
Umieram całościowo
Z lat mi nieznanych
dają po sobie poznać
Już dzisiejsze moje stany
Przybliżają, oswajają
Pomalutku
Już poczuwam się zraniona
Bo z narodzin piękna
Wyprowadzona z równowagi
ociężała ciężko stąpam!
Wołam-
Z nogami oraz głową obcą mi na szyi
W niepoznace moje oczy stały  się
Leniwe,
 szorstkość nagle wystąpiła
Na me lice
usta krwiste się zaśmiały
Lecz cynicznie
Zamykają się pod porażki ciężarem
Smutnym żarem
Kierują się do tunelu
Wodzącego ku
Wysmutnieniu
Ku skończeniu
Targam się, w sferze wyimaginowanej
Taka sucha, otępiała
Bo soki towarzyszka- natura
Odebrała
I odbiera nadal
I napędza do działania.


Boxer





Trzy dania- trzy walki

„Trzy dania miałem do przetrwania.
Gdy pierwsze okazało się najcięższe
Zrozumiałem, że dwa pozostałe
Przetrawić już dam radę
I je przetrawiłem.
Przerabiając swe potrawy
W letnią, bladą masę.
Pozbawiając je zbytecznej chwały
Z krwistych i pikantnych na pierwszy rzut oka
Ostudziłem ich zapały.
I tym samym
Mistrzem Polski-Muay Thai
Się stałem”.
*

Nieoczekiwany obrót sprawy
Wydarzył się w ten weekend
Na który czekałem tak cierpliwie
Po kontuzji uzyskanej niechybnie

Zadała mi ona niemocy znamiona
Dla mej duszy oraz ciała
Chęć zdobycia ważnego-
przez moment została lekko opóźniona

Czasu tego nie strawiłem na narzekania próżne
Lecz do dzieła się zabrałem
W zarodku dławiąc tę kontuzję

Bardzo pożytecznie w moim fachu
Doskonaliłem innych rano i wieczorem
Oraz siebie, nawet wtedy gdy nie chciałem

Codziennie, nakładając na me ręce
Drugie, zastępcze

Do ciężkiego boju się gotowałem
Prowadząc taki tryb życia
Pełen poświęcenia, wierzyłem nadal.

Choć wiedziałem, że trochę w tyle zostałem
Lecz ciężkim potem i pewnym ciosem
pewnego dnia się wyprzedziłem
I na ring upragniony od roku
Wstąpiłem:

Wyprostowany wśród ciszy dostojnej,
w dostojnej pozie wkroczyłem pewnie
W sercu przeganiając lekką trwogę
 z marzeniem w głowie.
Na ostre starcie nastawiłem.


Przeciągnąłem trzy walki z rzędu.
Będące zależnie od przeciwnika
W różnym stopniu- mocne.

W pierwszej walce przestępując ringu
lin granice
adrenalina uderzyła mi do głowy
i parząca krew zalała moje lice.



Opanować się zdołałem gdy na chwilę
oczy zamykając
na widok piękny natrafiłem.
Pomyślałem wtedy:
-wyboru nie mam, porządnie walkę stoczyć trzeba.

Oderwałem więc od maty energicznie swoje pięty
I z impetem wskoczyłem w wir brutalnie ciężki.

Pięści ściśnięte i nogi napięte
Za sprawą wylanego potu codziennie
Wykorzystałem dość umiejętnie.

Lecz mój konkurent słabym nie był
Więc bez prezentów się nie obył.

Oboje w tej walce szczodrzy byliśmy
I mocnych natarć nie szczędziliśmy
Groźne były często z jego strony
Lecz nie groźniejsze od moich
dla jego osoby.

Nigdy w tyle nie pozostawałem
Nawet wtedy kiedy sił już nie miałem
Wszystko na bieżąco mu wyrównywałem.

Była to walka ciężka bo każdy z nas
Poddać się nie chciał i piłował nadal
Wykonując swoje chwyty
Z różnych stron
słychać było dwustronne okrzyki

A ja ledwo dysząc razem z nim
się chwiałem
prowadząc walkę opętańczą
już tylko z moim ciałem
mobilizacje nadal miałem
bo wygrać tak czy inaczej chciałem

więc pomimo wszystkiemu
parłem dalej na przód
i wyparłem ostatecznie …
zabierając się za drugie danie.

W drugiej walce było jakoś łatwiej
Choć nie mówię, że do końca gładko

Teraz gdy ważny etap zdobyłem
Natychmiast w siebie mocno uwierzyłem
Nawet gdy z narożnika wyłonił się przeciwnik nietypowy
Bo zbytnio napalony.

Zatem stoicki spokój zachowałem
I do boju z klasą się poderwałem.
I ową walkę wygrałem
Oto było drugie danie

Teraz myślę będzie finał- pewnie czeka mnie
Ciekawe lanie.
Lecz zwiodło mnie to oczekiwanie
Wstępując radośnie na ring
Mego zawodnika zmiotłem w pył.

Już się tyko z nim bawiłem
I na łopatki cztery kilka krotnie
Powaliłem.
I wygrałem.
Wdzięcznie rękę uściskałem.

W ciężkich bojach stoczonych
Poniosły szkody obie strony
Lecz ja zwycięski na zdrowych nogach
Stanąłem dumnie z ręką w górze.
  


Obiekcje

















Sesja przed Performancem
pt."Tygrys"






Nogi 











***















Życie tytanów

Puls serca z okresem
Jednego dnia
Nocą
Wysoko się wspina
Rankiem
Opada
Bije nadal
Nic nie robi
Z zamachów
Na zdrowie swego
Właściciela
Przychodzi moment
Świat nieruchomieje
W oczach

Pulsu nie ma


*


Fontanna